29. Wieczność

- Jak tu piękne… – szepnęłam wpatrzona w niebo.
Byliśmy na pięknej polanie. Soczysta, zielona trawa była miękka. Gdzieniegdzie były kwiaty. Z każdej strony otaczały nas drzewa i piękny śpiew ptaków. Lato było piękne tego roku. Tak się cieszyłam, że Wielka Trójka pozwoliła zrobić nam sobie kilka dni urlopu. Widać mięli do nas duże zaufanie. I słusznie.
– Jak ty jesteś piękna – odpowiedział Alec. Zachichotałam. Chwalił we mnie wszystko. Był taki kochany. Sprawiał, ze czułam się bardzo kochana. W końcu byłam – przez niego.
Podparłam się na łokciach i lekko poprawiłam cienką, zwiewną, białą sukienkę. Spojrzałam uśmiechnięta na mojego ukochanego. Patrzył na mnie zafascynowany. Przybliżyłam sie do niego i przejechałam palcem po jego pełnych wargach. Potem zjechałam na jego nagi tors. Pocałowałam go.
– Wiesz, że jesteś szalenie seksowny? – spytałam i przeczesałam palcami jego ciemne, gęste włosy. Chłopak lekko sie zaśmiał i pocałował mnie namiętnie w usta. Nie przerwałam pocałunku tylko przewaliłam go na plecy i wspięłam się na niego. Po chwili chłopak znalazł sie nade mną z biodrami pomiędzy moimi nogami. Zachichotałam jak dziecko i obielam go za szyję. Patrzyłam zafascynowana na jego piękna, iskrzącą się w słońcu skórę. Na jego wspaniałe, czułe oczy. Kuszące wargi. Był idealny. Chłopak z moich snów.
– Cieszę sie, że wszystko sie układa – powiedziałam nie odwracając wzroku od jego oczu.
– Ja również. Nie uważasz, że to dziwne? Kajusz się nie sprzeciwiał naszemu wyjazdowi. Chyba powinien się udać do lekarza – odparł z uśmiechem i opadł na ziemię obok mnie.
– Wszyscy teraz są… zadowoleni, zauważyłeś? Od ślubu Jane i Demetriego.
– Zauważyłem. – Zaczął zakręcać na palec kosmyk moich włosów. – Dobrze, że sie pobrali. Należy się im szczęście.
– A nam? – zapytałam. – Czy nam należy się szczęście?
– Należy. Zrobiłbym wszystko, żebyś była szczęśliwa – pocałował mnie w czoło co – jak zawsze – mnie rozczuliło.
– Dla ciebie ukradłabym księżyc  - rzekłam przytulając sie do niego. – Kocham cię. Kocham.
Nagle zrobił coś niespodziewanego. Delikatnie odsunął się ode mnie i poprosił o to bym wstała. Sam uklęknął. Czułam skurcz w żołądku. Wstrzymałam oddech i patrzyłam na niego z lekko rozchylonymi wargami. Chłopak wyjął z kieszeni spodni białe, aksamitne pudełeczko. Zakryłam dłońmi usta i gdybym mogła to bym się rozpłakała. Nogi dosłownie miałam jak z waty. Alec cały czas patrzył mi w oczy z powagą. Odchylił wieczko okazując mi piękny pierścionek z niebieskim kamieniem.
– Diano Elizabeth Collins, czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?
Patrzyłam na niego w szoku. W duchu krzyczałam „Tak! Tak!” ale moje usta milczały. Nie mogłam sie ruszyć, jakby zamarłam w bezruchu. Po chwili otępienia szybko zamrugałam jakby odzyskując panowanie nad swoim ciałem.
– Tak – wyszeptałam. Teraz Alecowi opadła szczęka. – Tak! – krzyknęłam skacząc na niego jak dziki kot. – Tak, Alec, oczywiście!
Chłopak wybuchnął śmiechem w czym mu zawtórowałam. Zaraz po tym pocałował mnie namiętnie sprawiając, że poczułam gorący żar podniecenia. Chyba nigdy nie wyczuwałam w nim takie podniecenia. Cały czas szeptał dwa słowa – kocham cię.
Gdy leżeliśmy nago na łące włożył pierścionek na mój palec i go pocałował. Spletliśmy palce dłoni rozkoszując się tą piękną chwilą. Nigdy nie byłam szczęśliwsza. Tak bardzo go kochałam, że nie mogłam tego wyrazić słowami.
– Alec tak bardzo cię kocham. Bardziej niż to sobie wyobrażasz. Nigdy nie byłam równie szczęśliwa. Jesteś wszystkim dla mnie – wyznałam patrząc mu śmiało w oczy.
– Nigdy nie wiedziałem, że będąc wampirem mogę pokochać – zaczął. – Myślałem, że mając kamienne serce to wszystkie ludzie uczucia we mnie wymarły. Gdy tylko ciebie zobaczyłem, zrozumiałem jak bardzo sie myliłem. Urzekłaś mnie swoją odwagą, miłością i gotowością poświęcenia się dla bliskiej osoby. No i pięknem. To jak  zagryzasz wargę gdy coś cię trapi. Jak uroczo spuszczasz wzrok gdy się wstydzisz. Twój uśmiech. Błysk w oczach. Twoją delikatność, ale i to jak szybko możesz zamienić sie w  zimną, bezlitosną osobę. Jesteś idealna. Idealna.
Nie mogłam już nic powiedzieć. Po prostu pocałunkiem pokazałam co o tym sądzę. Jak to bardzo mnie uszczęśliwia.
– Kocham cie – wyszeptałam. – Zostańmy jeszcze tutaj trochę, dobrze?
– Oczywiście, przecież mamy przed sobą wieczność.
– Wieczność – powtórzyłam zadowolona.

________________________________________________________________________

Tak oto kończę ten blog. Za wcześnie, ale nie daje radu już go pisać. Patrzcie po jakim czasie napisałam zakończenie?
Historia Aleca i Diany na zawsze pozostanie w moim sercu. Mój pierwszy zakończony blog.
Dziękuję tym co go czytali i komentowali.
Żegnam wszystkich, może jeszcze sie spotkamy na innym blogu? :)
Sylwia

PS: Zapomniałabym! Oto pierścionek Diany i sama Diana!

images

pol_pl_Pierscionek-zareczynowy-z-bialego-zlota-palladowego-AP-39B-z-tanzanitem-i-diamentami-0-03-ct-5658_2

28. Miłość, szczęście, czego chcieć więcej?

  Mijały dni, tygodnie, miesiące, a w naszym zamku nic szczególnego się nie działo. Nie oznacza to, że było nudno. Często zdarzały się zabawne sytuacje. Przynajmniej kilka razy w tygodniu Alec zabierał mnie gdzieś na randkę. Ciągle mnie czymś zaskakiwał. A to sprawiało, że każdego dnia zakochiwałam się w nim od nowa. Zdarzały się nam nowe misje, ale nie były one bardzo niebezpieczne. Były nawet takie sytuacje, że grałam z Feliksem w papier, kamień i nożyczki, o to kto urwie głowę złoczyńcy, którego mieliśmy zlikwidować. Feliks i Demetrii byli dla mnie jak bracia, a Jane, Heidi i Chelsea jak siostry. Wszyscy Volturi byli jak jedna, wielka rodzina.
Oglądałam z Alecem wschód słońca przy partyjce szachów. Wschody i zachody słońca są piękne. Dają świadomość, że nadejdzie nowy dzień. Że zawsze jest jakaś nadzieja. I to było wspaniałe.
Nagle do ogrodu wpadli Jane i Demetrii. Trzymali się za ręce. Jane miała ekscytujacy błysk w oku. Nie ten, który ma gdy kogoś torturuje. Ten błysk był pełen radości. Demetrii miał taki sam.
– Chcieliśmy wam coś powiedzieć – rzekł Demetrii. Wymieniłam z Alecem zdziwione spojrzenia.
– Co? – spytał mój luby.
– Ja i Demetrii – zaczęła Jane – bierzemy ślub.
– Serio? – dopytałam. Moje oczy były wielkości krążków hokejowych. Jane pokazała mi pierścionek z czerwonym rubinem. Uśmiechnęłam się promiennie i uściskałam blondynkę. Alec poklepał swojego przyszłego szwagra po ramieniu. Nie mogłam w to uwierzyć. Jane i Demetrii biorą ślub. Niemożliwe! 
– Stary, mam nadzieję, że wiesz na co się piszesz – powiedział z uśmiechem. – Ale jeśli ją skrzywdzisz to twoja głowa zawiśnie na wierzy. No, gratuluję.
– Jejku, Jane, nawet nie wiesz jak się cieszę. Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi, przez całą wieczność – wyznałam szczerze. – A co na to Wielka Trójka?
– Wyrazili na to zgodę – odparł Demetrii.
– No i tu nasuwa się pytanie… Diano, czy zechcesz być moja druhną? – zapytała z powagą blondynka. Aż podskoczyłam z przyjemności i jeszcze raz ją uściskałam.
– Oczywiście, że tak! Bardzo się cieszę.
– No to Alec nie masz wyboru, musisz być moim druhem – oświadczył Demetrii. Mój ukochany nie zgłaszał sprzeciwu.
Nie mogłam w to uwierzyć. Narzeczeni poszli zawiadamiać innych. Pocałowałam Aleca i wróciliśmy radośni do gry.
– To wszystko jest szalone – wyszeptał z niedowierzaniem Alec.
– Co jest szalone?
– Jane ma wyjść za Demetriego. Przecież od początku oni się nie lubili. A Jane… ona nigdy nie była taka szczęśliwa. Zawsze była zimna, bezlitosna, w ogóle się nie uśmiechała.
– Czas zmienia ludzi… Myślę, że oni zawsze się kochali, tylko to ukrywali. Odtrącali to uczucie od siebie. Jednak coś się wydarzyło i… będzie wesele. – Objęłam swojego chłopaka od tyłu. Przytuliłam policzek do jego policzka. Jak ja lubiłam go przytulać. – Sądzę, że Jane się bała. Bała się miłości – wyszeptałam mu do ucha.
– Wiesz odkąd tu jesteś wszystko się zmieniło. Zadziałałaś na nas jak lek. Rozjaśniłaś ten nasz marny żywot. Dzięki tobie wszystko nabrało barw. – Alec wziął moją dłoń i ją ucałował. Jednak zdawał sie być smutny.
– Ej, kocham cię. Nie smuć się.
– Uświadomiłem sobie, że bez ciebie nic nie miało sensu. Istniałem, bo istniałem. Teraz mam po co istnieć. Kocham cię. – Wstał i złożył na mych ustach delikatny pocałunek, który z ochotą odwzajemniłam. Staliśmy dość długą chwilę. Przerwałam pocałunek i pogłaskałam Aleca po policzku. – Na zawsze razem.
– Na zawsze.

***

  Minął tydzień, a dziś miało odbyć się wesele. Jane miała piękną białą suknię bez ramiączek. Nie miała niepotrzebnych ozdób, była piękna w swej prostocie. A Jane wyglądała zjawiskowo. Oczywiście pomogłam jej się przygotować. Rozpuściłam jej włosy, które pięknie opadały falami na ramiona. Z pomocą Heidi wpięłyśmy jej we włosy małe, białe różyczki. Miałam wrażenie, że to nie Jane, którą znam, że to Jane z innej bajki. I oczywiście miała piękny bukiet z róż.
A ja miałam na sobie niebieską, krótką sukienkę z ładnego materiału. Spojrzałam na siebie w lustrze. Moje ciemne, brązowe włosy opadały gładko na jedno ramię. Były podpięte srebrna spinką. Miałam na stopach srebrne sandałki. Wyglądałam ładnie, ale nie dorównywałam Jane.
Przytuliłam blondynkę.
– I jak się czujesz? – spytałam.
– Świetnie, ale.. stresuję się.
– Nie ma czym – rzekłam. – Ciesz się. Wyglądasz pięknie.
– Dziękuję. Cieszę się, że do nas dołączyłaś.
– Kiedy zakochałaś się w Demetrim? – spytałam siadając i z gracją zakładając nogę na nogę. Jane przysiadła się do mnie. Dziewczyna westchnęła. Widać ciężko było jej o tym mówić.  Wiadomo, przecież to Lodowa Księżniczka. Tak ją nazywał Feliks. Nie dziwę mu się, przecież Jane zazwyczaj jest chłodna, opanowana, i zachowuje się jak bogini. Nie chodzi o to, że jest narcystyczna i uważa, że wszystko jej się należy i wszyscy mają ją uwielbiać. Chodzi o to, że jest pełna gracji, spokoju, elegancji i piękna.
– Odkąd tu trafiliśmy z Alecem wiedziałam, że Demetrii jest inny. Zawsze był dla mnie ważniejszy od reszty, mimo iż tego nie okazywałam. To może wydawać się dziwne, ale czułam więź która nas łączy. Jakby niewidzialna lina. A wtedy przed balem, gdy spotkałam go w wierzy… To było takie, takie ludzkie – mówiła z ognikami w oczach. – Rozmawialiśmy chwilę, a on… tak nagle przyparł mnie do ściany i mnie pocałował. Potem powiedział, że mogę go za to zabić – roześmiała się. Wstałam z uśmiechem na twarzy i zrobiłam piruet.
– Świat jest piękny! 

                                                                                                                                                                                   ***

   Wszystko działo się bardzo szybko. Nim się obejrzałam para młoda już stała przed Trójką, która udzielała im ślubu. Patrzyłam z zachwytem jak usta Jane i Demetriego jednocześnie wymawiają słowo „tak.” Razem na wieczność, po czasu kres. Gdybym potrafiła płakać, łzy zakręciły by mi sie w oczach. To była magia. Prawdziwa magia. Otaczały mnie wiwaty, odgłosy radości. Wyobraziłam sobie siebie i Aleca. Ja w śnieżnobiałej sukni, on w czarnym jak noc smokingu. Razem, trzymając się za ręce. Związani węzłem małżeńskim. Na zawsze razem. 
  Nie było to typowe ludzkie wesele. Nie było uczty, jedynie kieliszki z typowym dla nas napojem (krwią).  Grała muzyka, wszyscy tańczyli. Całe miejsce emanowało ciepłem i szczęściem. Czułam tą energię. Zdałam sobie sprawę, że to jest moje miejsce na Ziemi. Mój dom. Owszem tęskniłam za moją prawdziwą rodziną, ale… nigdy nie byłam tak bardzo szczęśliwa. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. 
  Wyszłam na zewnątrz by trochę ochłonąć. Błądziłam pięknymi alejkami patrząc w piękną tarczę księżyca. Noc była gwieździsta. Klimat zniewalający. 
- Mogę pani potowarzyszyć? – spytał Alec nagle pojawiając się obok mnie. 
- Będę zaszczycona – posłałam mu delikatny uśmiech. Szliśmy chwilę w milczeniu. – Alec… jestem szczęśliwa. 
- Ja też, jak nigdy. Wyobrażasz sobie co czują nowożeńcy? 
- Och, tak. Ale jak na razie to jesteśmy my. Tutaj – rzekłam cicho. Stanęłam i wzięłam chłopaka za ręce.  - Teraz.
- Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham – wyszeptał patrząc mi śmiało w oczy. Obrysowałam palcem jego policzek zjeżdżając do dolnej wargi. 
- Moja miłość do ciebie jest nieograniczona. Pomimo, że jestem wampirem to dopiero teraz czuję że żyję. 
- Mój wspaniały aniele. 
Staliśmy tak wpatrzeni w siebie. Nie było słów, które mogłyby wyrazić moje uczucia. Ale on wiedział o mojej miłości, tak jak ja wiedziałam o jego. Wiedziałam, że żadna siła nas nie rozdzieli. Byliśmy sobie przeznaczeni. On i ja, jak dwie połówki jabłka. Jak te dwa łabędzie, jedno bez drugiego żyć nie może. Mój Alec, mój ukochany. 

___________________________________________________________________________________________________________

Witam Was! 
Przepraszam, że tak długo czekaliście na ten rozdział. Nie należy do najlepszych, ale obiecuję poprawę. 
Czy to nie piękne? Taka szczera miłość? W dzisiejszych czasach tego nie ma… Niestety. 
Dodam zdjęcie sukienek Jane i Diany. 
Pozdrawiam, Sylwia 

Jane 

wolomin-suknia-slubna-2013-9jAxODU2OT_o

Diana

g-pic-Gina__kurzes_Kleid_aus_T__ll

27. Jak diament

                                                                                                  Oczami Diany

Fabrizio doprowadzał mnie do szału. A teraz śmiał mi się prosto w twarz. Nie znoszę tego. Czekałam na jego odpowiedź. Czułam, że mięśnie Aleca się napinają. To już niebyły żarty. Mój ukochany chciał zabić Fabrizia. Czułam to. Nie miałam mu tego za złe. Sama chciałam to zrobić. Ścisnęłam rękę ukochanego nakazując mu by się uspokoił.
– Zakochane szczeniaki – rzekł trzęsąc się ze śmiechu. – Oj Dianko… Hahaha…
– O co ci chodzi ? – warknęłam na Fabrizio. Z trudem się opanowałam.
Jestem górą lodową. Krą na Morzu Północnym. Sunę po czystej tafli wody. Jestem spokojna. Zimna, opanowana. Nie dam się sprowokować, nie dam się sprowokować.
Uspokoiłam się. Westchnęłam i z robiłam krok w stronę wroga.
– Czego chcesz, tym razem ?
– Ja ? Nic… Ale teraz się dziwię. Przecież chciałaś być wampirem.
– Co? – palnęłam. – Nie, nie chciałam być wampirem.
– Chciałaś, chciałaś. Nie oszukuj – powiedział jak do małego dziecka. Spiorunowałam wzrokiem Fabrizia. O czym on gadał ?
– To w ogóle nie powinno cię obchodzi – rzekł chłodno Alec. Zamienił się teraz w Piekielnego Bliźniaka Dowódcę. Wywarł wrażenie na Fabriziu. Nawet on bał się mojego ukochanego. – Wiesz, że mogę cię w każdej chwili zabić?
– Nie zrobisz tego – odparł złotowłosy i oparł się o pień drzewa. Jednak był spięty.  Sprawiło mi to satysfakcję. Niech się boi. Ma kogo.
– Doprawdy ? – Alec zbliżył się o krok do naszego wroga. Jego ruchy były pełne gracji i nonszalancji. Przy Alecu, złotowłosy wyglądał jak pokraka. Nie wiem jak mój luby to robił. Może to lata praktyki? On po prostu taki był. Wspaniały. Ale teraz zdawał się być posagiem. Bezlitosnym dyktatorem, który zniszczy wszystkich, którzy staną mu na drodze. Sama czułam przed nim respekt i troszkę się go bałam. Ale on mnie nigdy nie sprawi mi bólu. Przynajmniej nie celowo.
– Owszem, chciałbyś. Jednak nie zlokalizujecie mojej armii gdy mnie zabijesz – rzekł i uśmiechnął się złośliwie. Przeniosłam wzrok na Aleca.
– Nie martw się, zlokalizujemy.
– Prędzej was rozszarpią! – Fabrizio się chwalił. Nie wiedział, że swoimi słowami może nam zdradzić nam swoje plany. Młody Volturi był przebiegły. Wiedział co zrobić.
– Żadna armia nie da nam rady. Myślisz, że grupka wampirów może nam coś zrobić? – prychnął mój ukochany. Fabrizio zaraz może nam wyznać z jakich istot składa się jego armia. Modliłam się w duchu by nie zmądrzał na tę chwilę. Jak się połapie to nasze szanse będą marne. – A z resztą nieważne. – Alec odwrócił się. Patrzyłam na niego zdziwiona, ale poszłam w jego ślady. Pochwyciłam jego wzrok. Alec się uśmiechnął.
– To nie są wampiry! – krzyknął Fabrizio szaleńczo się śmiejąc. – Nie wszyscy! Stworzyłem nową rasę! A do tego moi przyjaciele się przyłączą! Zniszczymy Volturi po kawałku!
Spojrzałam na niego. Był szalony. Powinno się go zawinąć w kaftan bezpieczeństwa. Śmiał się i śmiał, jak wariat. Widziałam w jego oczach obłęd, ale i smutek. Patrzył tak na mnie. Zrobiło mi się go żal. Kiedyś był wspaniałym towarzyszem. Nigdy się z nim nie nudziłam, ale z czasem zaczęłam sobie udowadniać, że ja go nie kocham. On po prostu był moim przyjacielem. Jednak Fabrizio nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Pewnego razu poprosił mnie o rękę, ale ja odmówiłam.
– Alec, chodźmy już – szepnęłam.
***
Opowiedziałam z Alecem całą sytuacje związaną z Fabriziem. Praktycznie się nie odzywałam. Było mi smutno. Niegdyś Fabrizio był taki wesoły, a teraz szalony. Czułam się temu winna, lecz z drugiej strony czułam się z tym dobrze. Zapłacił za swoje.
Na jutro planowaliśmy stoczyć walkę z armią złotowłosego. Musieliśmy się posilić i zebrać siły.  Zapowiadał się ciężki dzień. Bałam się. Nie wiedziałam co nas czeka. To na pewno nie będzie dobre. Bałam się, że stracę Aleca.
***
Ubrani w szaty Volturi ruszyliśmy na polanę z wielkim głazem, którą widziałam wizji wpuszczonej do mojego mózgu przez Fabrizia. Byliśmy na miejscu. Było tu cicho. Za cicho. Nagle ze ściany lasu wybiegły wampiry, wilkołaki i półwampiry. Nie wahając się zaczęliśmy walkę. Sprawiłam, że całe moje ciało stanęło w płomieniach. Moje włosy wiły się w górze jak węże. Z rąk Aleca zaczęła wysuwać się czarna mgła. Miałam iść na pierwszy ogień zapalając suchą trawę. Ten pomysł nie podobał się mojemu lubemu, ale tak zrobiłam. 
  Wyglądałam jak jedna ogromna pochodnia. Sprawiłam by ogień za bardzo się nie rozprzestrzenił. Czarny dym był stanowił zasłonę dla moich przyjaciół. Musiałam kontrolować dym i ogień, co nie było łatwe.  
Walka zaczęła się na dobre. Wnioskowałam, że wygrywaliśmy. Płonęło już wiele ciał, ale żadne nie należało do jednego z moich przyjaciół. Cieszyłam się z tego powodu. Nagle zobaczyłam, że jakiś wilkołak zachodzi od tyłu Jane. Strzeliłam w niego kulą ognia, która trafiła centralnie w oko. Blondynka wykorzystała sytuacje i skręciła mu kark. Usłyszałam jak Feliks liczy ile istot już zabił. Znowu z Demetrim robili sobie zawodu. Zaśmiałam się. Czasem zachowują się jak dzieci. 
- Uważaj ! – krzyknął Feliks i przeskoczył nade mną. 
- Volturi! Zachować szyk! – mówił Alec. 
- Diana teraz twoja kolej! – krzyknęła Jane. 
Cała czwórka wycofała się na tył. Skoczyłam przed nich i przykucnęłam. Wbiłam palce w ziemię. Korzenie wybiły z ziemi i zaczęły oplątywać kostki, nogi i ciała żołnierzy Fabrizia. Były tak silne, że nawet wampiry nie mogły ich rozerwać. Alec stanął obok mnie i zaczął unieruchamiać istoty swoim darem. Jane skupiła się na Fabriziu. Złotowłosy zaczął wić się z bólu. Feliks i Demetrii zaczęli rozrywać bezwładne ciała poległych. 
  Walka się skończyła. Płonął wielkie stos. Podeszliśmy do złotowłosego. Feliks trzymał go za ręce by się nie wyrwał. Miał mu już skręcać kark,a le uniosłam rękę nakazując by poczekał. Dręczyło mnie jedno pytanie. Chciałam się dowiedzieć jak brzmi odpowiedź na nie. 
- Dlaczego? – zapytałam. – Fabrizio, powiedz mi, dlaczego zrobiłeś to wszystko? 
- Dlaczego? – prychnął. Ujrzałam w nim mojego starego przyjaciela. Spojrzał mi w oczy. – Nie chciałaś być moja. Kochałem cię Dianko. A ty zapomniałaś już o swoim Fabim… 
- Nigdy o tobie nie zapomniałam. Zawsze byłeś moim przyjacielem. Nie musiałeś tego robić. 
- Mogę jeszcze odpokutować swoje grzechy? 
- Przykro mi, Fabi, ale nie. To tak nie działa – mówiłam cicho. 
- Nie mogłem żyć ze świadomością, że ty i ten głupi szczeniak od Volturich…
- Diana, kończ to – warknął Feliks. – Chcę podziwiać jak płonie. 
- Nie kochasz mnie? – szepnął złotowłosy. Przytaknęłam. – W takim razie, jak ja nie mogę cie mieć, to nikt nie będzie.
Nagle poczułam, że ktoś odciąga mnie do tyłu. Nie mogłam się wyrwać. 
- Nie ruszajcie się, bo ona zginie – rzekł mężczyzna, który mnie trzymał. 
- Derek, wiesz co robić – szepnął Fabrizio, zanim Feliks skręcił mu kark. Zaparłam się nogami. 
- Co obiecał ci Fabrizio w zamian za zgładzenie mnie? – spytałam owego Dereka. 
- To, że będę mógł cię posiąść. Ładna jesteś, wiesz? – syknął mi do ucha. Widocznie nie wiedział jaki dar ma Jane. Mężczyzna mnie puścił i padł na ziemie. 
- Mu nie wolno ufać – rzekłam i oderwałam głowę wrogowi. Rzuciłam jego szczątki na stos. Spojrzałam na swoje dłonie. Iskrzyły się pięknie od słońca. Jakbym była diamentem. Wcale nie czułam się jak potępiona. Czułam, że do tego zostałam stworzona. To było moje przeznaczenie. 

_____________________________________________________________________________________________________________

Witam Was ! 
Przepraszam, że tak długo czekaliście. Mam dla Was dwie wiadomości. Dobrą i złą. 
Dobra – postaram się napisać nowy rozdział do poniedziałku. 
Zła – zamierzam niedługo skończyć historię Aleca i Diany. Ale nie smućcie się. Ich miłość trwa wiecznie i nigdy się nie skończy. 
To do zobaczenia!
Sylwia. 

26. Żądza mordu

                                                                 Oczami Aleca

Wbiegłem do swojego pokoju. To co zobaczyłem… było okropne. Diana i Fabrizio. Ona nie chciała go pocałować, ale jednak to zrobiła. I to nie był niewinny całus. Nie wiem, czym ja się tak denerwuje, ale to było bardzo bolesne. Musiałem pobyć chwilę w samotności. Przemyśleć to. Wyjść  tego szoku. Jestem z nią na dobre i na złe. Ale ten widok mną wstrząsnął. Musiałem jakoś odreagować. Jednocześnie byłem wściekły na tego Fabrizia. To on ją do tego zmusił. Chciałbym roztrzaskać mu ten łeb.
Diana przestała pukać do moich drzwi. W sąsiednim pokoju usłyszałem krzyki. A potem głos mojej siostry :
– On jest nienormalny ! Jak to można być AŻ tak zazdrosnym ?! No rozumiem, ale bez przesady ! Ja mu dam… !
I po sekundzie wtargnęła do mojego pokoju. Była wściekła. Ciskała wzrokiem błyskawice. Podeszła i złapała mnie za ramię.
– Ej ! – krzyknąłem. – Jane, nie pozwalaj sobie.
Lekko ją odepchnąłem. Ta na mnie warknęła. Byłem skołowany. Co ją tak rozeźliło ? Przecież… chyba nie to, że się trochę wkurzyłem o ten pocałunek ?
– Ty idioto ! Obrażasz się na dziewczynę, bo pocałowała drugiego ?
– Ja się nie obraziłem – powiedziałem spokojnie.
– Nie wcale. Jezu… jak to można być takim idiotą ? – westchnęła ciężko.
– Jane, powiedziałem – nie pozwalaj sobie.
– Będę sobie pozwalać, jeśli będę chciała. Ty się dąsasz na tę dziewczynę, a ona dla ciebie poświęciłaby całą misję ! Rozumiesz ? – ryknęła na mnie blondynka. Otworzyłem szeroko oczy. Że co ?
– Jak to ? – dziwiłem się.
– Ona by go nie pocałowała. Ja jej kazałam ! Jednak ten debil i tak nam wiele nie powiedział. Wykorzystał ją dla swojej przyjemności.
Teraz to ja wpadłem w szał. On… Co za świnia ! Chciałem wyjść z pokoju by go znaleźć i… i go zabić, ale Jane mnie powstrzymała. Ręce mi się trzęsły z gniewu. Zacząłem warczeć. Chciałem go zabić. Patrzeć jak umiera w męczarniach.
– Diana teraz siedzi w pokoju. Nie odzywa się. To ją boli tak samo jak ciebie. Feliks i Demetrii poszli szukać tego Fabrizia – rzekła cicho moja siostra. Moja ukochana. Ona cierpi. Szybko ominąłem Jane i wszedłem do pokoju dziewczyn. Diana siedziała skulona na łóżku z zamkniętymi oczami. Wydawała się być nieobecna. Jakby była w innym świecie. Podszedłem do niej. Nie zauważyła mnie. Bez słowa ją przytuliłem.
– Przepraszam. Jestem za bardzo zazdrosny – wyszeptałem jej do ucha.
– Oj i to jak – mruknęła w odpowiedzi.
– No przepraszam, przepraszam. Gniewasz się jeszcze ? – spytałem. Na jej ustach zaczął błąkać się uśmieszek.
– Może… – Chciała się ze mną podroczyć. Połaskotałem ją. Zachichotała.
– Będę cię łaskotać dopóki nie przestaniesz się gniewać. – Zagroziłem poważnym tonem. Ta jednak nic nie powiedziała. Zacząłem łaskotać swą ukochaną, a ona zanosiła się śmiechem. Diana złapała poduszkę i walnęła mnie w głowę. Ja też zacząłem się śmiać. Po chwili zaczęliśmy walkę na poduszki. Nagle Diana podcięła mnie i przycisnęła do podłogi.
– Powiedz, że lepiej walczę od ciebie ! – rozkazała.
– Nigdy ! – wykrzyknąłem prosto w dywan. Ale musiałem przyznać, że bardzo dobrze walczy. Ja byłem trochę lepszy. Złapałem ją za nogę i powaliłem na podłogę.
– I kto tu jest lepszy ? – Diana zaczęła piszczeć, bo ją łaskotałem.
Do pokoju weszli Feliks, Demetrii i Jane. Opadły im szczęki. Diana wykorzystała sytuacje i się uwolniła. W międzyczasie wykręciła mi ręce do tyłu. Zaśmiała się jak psychopata.
– I co ? Mówiłam, że lepiej od ciebie walczę – powiedziała jakby to było oczywiste. Oparła brodę na moim ramieniu. Zapewne to śmiesznie wyglądało, bo była niższa.  - A wam co ? Znaleźliście go ?
– Nie. Tak szybko się pogodziliście ? – nie mógł uwierzyć Demetrii. Przytaknąłem. Przecież się kochamy. Nie wytrzymałbym gdyby się na mnie obraziła.
– Puścisz mnie ? – zwróciłem się do ukochanej. Ta pokiwała głową przecząco. Uniosłem jedną brew. Odciąłem ją. Diana straciła równowagę. Złapałem ją.
– Ale i tak lepiej walczę.
– Ach… Zgadzam się na rozejm. Jesteśmy równi – zaproponowałem. Chwilę pomyślała. Jej wyraz twarzy mówił, że chyba nie chce ugody. Jest taka uparta, ale przez to jeszcze bardziej urocza.
– No dobra… – zgodziła się po krótkim milczeniu. Pozwoliłem jej stanąć o własnych nogach. Lecz wciąż trzymałem ją za rękę. – To co teraz zrobimy ?
Jane zrezygnowana opadła na łóżko. Demetrii położył jej głowę na swoje kolana i zaczął ją masować. Blondynka uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Jak to dobrze jest być uwielbianą.
– Wiem coś na ten temat… – wymruczała Diana przytulając się do mnie. Spojrzałem jej w oczy tworząc intymną więź między nami. Pocałowałem dziewczynę w nos. Diana słodko zachichotała i wskoczyła na swoje łóżko. Poklepała miejsce obok siebie. Usiadłem.
– Tylko ja tu jestem singlem. Boże i gdzie ta sprawiedliwość ? – powiedział unosząc dłonie do góry.  Wszyscy się zaśmiali. Feliks przysiadł na fotelu.
– Diano, czy Fabrizio mówił coś jeszcze ? – zapytał Demetrii. Moja luba zaczęła zaplatać warkocz.
– No cóż… Powiedział, że chce zniszczyć Volturich. Pewnie z mojego powodu. On… – zawahała się. – On jest nieobliczalny. Nie wiecie do czego on jest zdolny. Fabrizio potrafił kiedyś przyjść do mojego domu, zabrać mnie i wynieść w góry do jakiegoś domku…
– CO ?! – wykrzyknąłem. On ją porywał. To jakiś psychopata. Szybko objąłem swą ukochaną, jakby ktoś miał ją zaraz zabrać. Diana była lekko zdziwiona.
– No raz tak zrobił. I nie chciał mnie odnieść. Powiedział, że mnie odprowadzi gdy mu wybaczę. Pokłóciłam się z nim wtedy… Tak czy owak  możemy spodziewać się nawet najgorszego. – Diana chyba nie chciała o tym mówić. Nie dopytywałem się. To musiała, być dla niej trudna sprawa. Przecież Fabrizio zabił jej brata. A takich rzeczy się nie wybacza.
                                                                                                                                                                   ***
Długo się naradzaliśmy. Nie wynikło z tego nic. W końcu Diana orzekła, że idzie się przewietrzyć. Poszedłem z nią dla ochrony. Nie chciałem jej narażać na żadne niebezpieczeństwo.
Błądziliśmy po ulicach Nowego Jorku trzymając się za ręce. Żadne z nas nic nie mówiło. Nie było słów, które wyraziłyby nasze uczucia.  Przerwałem ciszę :
– Jak się z tym czujesz ?
Diana była bardzo zamyślona. Przez chwilę nie odpowiadała. Pewnie musiała zebrać myśli.
– Chcę go zabić – wyszeptała. Spojrzała na mnie. – Chcę go zabić – powtórzyła, a w jej oczach dostrzegłem rządzę zemsty.
– Wiem, że chcesz to zrobić.
– On… to… – wyjąkała. – On zabił Hugo. Nigdy mu tego nie wybaczę. Zasługuje na śmierć. Będę patrzeć jak cierpi. I będę się przy tym śmiała.
Nie wiedziałem jak ją pocieszyć, więc po prostu ją przytuliłem. Za dużo przebywa z Jane i robi się sadystyczna. Ale jest w tym jeden plus – lubią się. Nie chciałem, żeby się kłóciły ponieważ Jane i Diana to dwie najważniejsze osoby  moim życiu. I zawsze będą.
– Mimo, że jestem wampirem to to boli. Bardzo boli. Zawsze, każdego dnia miałam świadomość, że wracam do domu. Do miejsca, które jest moje. Gdzie czeka na mnie kochająca mama, wspaniały brat i cudowna siostrzyczka. To było jedyna miejsce na ziemi, gdzie byłam szczęśliwa. On mi to odebrał. To przez niego straciłam rodzinę i dom. On wszystko zniszczył. Zabił mi brata, spowodował śmierć mojej mamy i do tego chciał uśmiercić moją siostrę. Odpłacę mu się tym samym – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Na jej twarzy odmalował się ból. Zobaczyłem ławkę. Usiedliśmy. Przytuliłem ją.
– Żałujesz tego, że zmienił cię w wampira ? – spytałem.
– Na początku nienawidziłam się za to. Nie chciałam zabijać. Jednak pragnienie było zbyt silne. Po każdym posiłku prosiłam Boga o to by mi przebaczył. A przy okazji błagałam o śmierć. Chciałam popełnić samobójstwo, ale żadne ostrze nie chciało przeciąć mojej skóry. Żadna trucizna nie chciała mnie otruć. Jednak gdy… poznałam ciebie zrozumiałam, że nie zostałam zesłana na wieczne potępienie. Zostałam w pewien sposób zbawiona. Wysłuchane zostały moje mdły. Jestem szczęśliwa. – jej głos był cichy i zrezygnowany.  Potarłem jej policzek kciukiem. Wiedziałem jaki to ból stracić rodzinę. Nie mówiłem nic. Byłem przy niej. Nagle poczułem, że ktoś nas obserwuje. Diana chyba też to poczuła, bo się spięła i usiadła wyprostowana. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, ze koło drzewa w parku stoi… Fabrizio. Do tego się bezczelnie śmiał. Spojrzałem porozumiewawczo na Dianę. Ruszyliśmy w stronę wroga.
– I czego zęby suszysz ? – warknęła Diana. Było widać, że ledwo nad sobą panuje.

__________________________________________________________________________________

Przepraszam Was za to, ze długo wpisu nie dodawałam !
Podoba się ? Mam nadzieję :)
Niedługo następny
Sylwia

25. Nie chcę, ale muszę

  Wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Byłam zestresowana. Gdy szliśmy do hotelu ktoś wziął mnie za rękę. To był oczywiście Alec. Spojrzałam na niego. Chłopak uśmiechał się do mnie ciepło. Myślałam, że zemdleję widząc ten jego rozkoszny uśmiech. Chciałam teraz tylko jednego – pocałunku. Ale przecież nie będziemy się całować publicznie. Teraz powinniśmy skoncentrować się na misji. Alec wziął ode mnie moją torbę i ją niósł. Mimo, że dla mnie była leciutka jak piórko. To było bardzo miłe z jego strony.
W końcu zameldowaliśmy się w hotelu. Demetrii chciał protestować, ale i tak wylądowałam w pokoju z Jane. A zaraz za ścianą byli chłopcy. Feliks oświadczył, że nas odwiedzą. Tak, ciekawe.
– Ten Fabrizio jest starym wampirem ?
Jane robiła ze mną wywiad. Chciała wiedzieć wszytko o Fabriziu. Jego słabe punkty ? Lęki ? Dieta ? Trochę mnie to męczyło, ponieważ nie chciałam o nim myśleć. Nienawidziłam go. To co zrobił było niewybaczalne. Z chęcią to ja oderwę mu głowę. I będę się przy tym śmiała !
– Raczej tak. Mówił tak dziwnie i cały czas cytował mi jakieś wiersze ze starych epok. – Odpowiedziałam jej po długim milczeniu. Jane pokiwała głową.
– Nie wiesz ile miał lat ?
– Powiedział, że od XVI wieku nie widział takiej… – nagle przerwałam. Odchrząknęłam. – W każdym razie XVI wiek. Zapewne coś koło tego.
– Aha… Czujesz coś do niego ? – zapytała znienacka. Otworzyłam szeroko oczy.
– Nie. Oczywiście, że nie.
Gdybym mogła się rumienić to byłabym czerwona jak burak. Usiadłam na łóżku. W mojej dłoni pojawiła się mała kula ognia, która zaczęła przeistaczać się w serce. Patrzyłam w to, sama nie wiem po co. Lecz nagle serce zmieniło się w czyjąś twarz. W twarz Aleca. A potem znowu w serce.
– Zgaś to, bo alarm się jeszcze włączy – zganiła mnie Jane. Posłuchałam się. Miała rację. – Ale tak na serio pytam ?
– Jane, ja i Fabrizio to skończona bajka. The End. Koniec. Finito. Rozumiesz ? Mam nadzieję.
***
Około północy przyszli do nas chłopcy. Szczerze ? Nie chciało mi się z nikim gadać. Tak więc leżałam na łóżku bawiąc się kulką wody. Lubiłam tę świadomość, że coś jest pod moją kontrolą.
Nagle zadzwonił telefon. Odebrała Jane.
– Halo ?
Mieliśmy wampirzy słuch więc słyszeliśmy co mówi osoba po drugiej stronie. Skamieniałam. Szybko usiadłam na łóżku. Rozpoznałam ten głos. Błagam, tylko nie to.
– Witaj, ślicznotko. Czy możesz dać Dianę do telefonu ? – to był Fabrizio. Zdenerwował Demetriego mówiąc do Jane per „ślicznotko”.
– Diana doskonale cię słyszy. Mów, czego chcesz ? – warknął Feliks.
– Och, ja wiem, że ona mnie słyszy. Ja tylko chcę usłyszeć jej rozkoszny głosik – rzekł prowokująco Fabrizio. Alec już chciał coś powiedzieć, ale Demetrii zakrył mu usta. Mój ukochany był zazdrosny. To miło. Jak ja go kocham.
– Czego chcesz, Fabrizio ? – odezwałam się zimnym, stalowym głosem pozbawionym uczuć. Byłam z siebie dumna.
– Witaj, kochanie. Jak się ma mój płomyczek ? – wymruczał uwodzicielsko. Moje dłonie zapłonęły. Blondynka dała mi sójkę w bok. Uspokoiłam się.
– Płomyczek ma się dobrze, ale nie jest twój. Nie zapominaj o czym. A tak poza tym to daruj sobie, jasne ? Gadaj, o co ci chodzi ? Zajęta jestem.
Zrobiłam wielkie wrażenie na Volturich. Jeśli sytuacja wymaga powagi to jestem poważna. Przeważnie. A z Fabriziem trzeba twardo. Nie wolno okazywać uległości, bo wtedy atakuje. Jak rekin gdy wyczuje ludzką krew. Trzeba być twardym i chłodnym.
– Oj, nie ładnie, nie ładnie – mówił jak do dziecka po czym roześmiał się gardłowo. Wzdrygnęłam się. – Chcę się z tobą spotkać, płomyczku. Powspominać dawne czasy…
– Ona nigdzie nie pójdzie. – Odezwał się zimno Alec. Przybrał ten władczy ton, który uwielbiałam. Spojrzałam na ukochanego. – Przynajmniej sama.
– O zakochany kundelek jest zazdrosny… – znowu śmiech. Tym razem szyderczy. Myślałam, że rozwalę ten telefon. Alec wstał warcząc.
– Poczekaj, tylko a ten zakochany kundelek sprawi, że będziesz błagał o śmierć.
Fabrizio śmiał się bez opamiętania. Byłam wściekła. A gdy w sercu wściekłość przemaga, strach gaśnie, bucha odwaga.
– Kiedy i  gdzie ? – rzuciłam wściekle. Całą czwórka na mnie spojrzała. Zacisnęłam pięści. Mężczyzna po drugiej stronie przestał się śmiać. Wydawał się zaskoczony.
– Może teraz ? Za twoim hotelem ? – zaproponował. – Ale masz być sama, płomyczku.
– Jasne. Ale nie próbuj żadnych sztuczek, bo tego pożałujesz.
– Do zobaczenia, kochanie.
Fabrizio się rozłączył. Ruszyłam do drzwi pewnym krokiem. Nagle stanął przede mną Alec. Patrzyliśmy sobie w oczy przez chwilę, aż w końcu rzekłam :
– Alec, proszę, zejdź mi z drogi.
– Nigdzie nie pójdziesz.
– Owszem pójdę.
– Nie spotkasz się z tym wariatem – nie ustępował mój ukochany.
– Spotkam się z nim. Jeśli mnie nie wypuścisz to wyskoczę przez okno – mówiłam spokojnie.
– Tak, jaaaasne. – Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Feliksa stającego przed oknem.
Policzyłam do dziesięciu. Zaczęło mnie to denerwować. Czy oni nie rozumieją, że muszę się spotkać z Fabriziem ? Może uda mi się go przekonać by nie robił tej rzeźni. Albo przynajmniej wybadam sytuacje. A jeśli tego nie zrobię to… On może wejść do mojego umysłu i zrobić krzywdę któremuś z moich przyjaciół. Albo Alecowi, który jest dla mnie najważniejszy.
Nagle wszystko rozbłysło. Zobaczyłam dziurę w ścianie. Wyskoczyłam przez nią. Potem zobaczyłam złotowłosego. A nagle Aleca. Bez głowy.
Kolejny błysk. Byłam już sobą. Zobaczyłam szybko na ścianę, a zaraz na Aleca. Nic nie zrobiłam. Na szczęście.
– Musze wyjść. Inaczej on zawładnie moim ciałem i zmusi do zabicia… – urwałam. Spojrzałam na Aleca ze strachem. – Alec, proszę…
Po długiej chwili, chłopak otworzył drzwi i mnie przepuścił. Wyszedł za mną. Nagle przyparł mnie do ściany i położył mi dłonie na biodrach. Objęłam go.
– Kocham cię – szepnęłam trącając jego nos swoim nosem.
– Kocham cię… – odszepnął i po chwili dodał : – Bardzo.
– Pocałuj mnie – poprosiłam ledwie słyszalnie. Czułam się jakbym prosiła o coś nie stosownego. A jednocześnie czułam rozkosz. Alec był jak narkotyk. Już jestem od niego uzależniona. Potrzebowałam go, jeszcze bardziej niż krwi. Jeszcze bardziej niż człowiek jedzenia i picia. A gdy nasze wargi się zetknęły to myślałam, że unoszę się nad ziemią. Poczułam się taka lekka, jak piórko. Wiedziałam, że mnie kocha. On wiedział, że ja kocham go. Tworzyliśmy wspaniałą parę.
– Będę cię ubezpieczał.
– Alec… – zaczęłam błagalnie, ale mi przerwał :
– Nie będzie mnie widział. Skupi się wyłącznie na tobie.
– Co ? Skąd wiesz ? – zdziwiłam się.
– Słyszałem jego głos – rzucił niby obojętnie i ruszył przed siebie. Poszłam za nim. Złapałam go za ramię i odkręciłam w swoją stronę. Po tym wszystkim ciągle się boi, że mogę go zostawić ? To niedorzeczne. Wzięłam go za rękę i ją ścisnęłam. Chciałam mu wyznać ile dla mnie znaczy, ale nie mogę teraz tego zrobić. To nie jest odpowiednia chwila. Nie wiedziałam czemu, ale tak było.
Wyszliśmy na zewnątrz. Spojrzałam porozumiewawczo na Aleca i ruszyłam w mrok. Już wyczuwałam wampira. I ten okropny smród który wydobywał się z kontenerów na śmieci.
Zobaczyłam złotowłosego. Stał opierając się o ścianę. Ubrany był… jak nigdy. Jakiś dres ? To nie było w jego stylu. Widać mu się nie powodzi.
Szłam pewnym, zgrabnym krokiem. Zatrzymałam się parę metrów przed nim. Zmarszczyłam nos.
– Nigdy nie byłeś romantyczny.
– Ja ? -zdziwił się. Wydawał się urażony. – Nie pamiętasz już moich wierszy ?
Spojrzałam w górę. Zobaczyłam Jane, Demetriego i Feliksa w oknie. Kiwnęłam im głową. Odeszli trochę od okna. Spojrzałam na Fabrizia. Podszedł do mnie i dotkną mojego policzka. Odsunęłam się natychmiast. Chłopak spojrzał na mnie wielkimi oczami po czym pociągnął nosem. Skrzywił się.
– Śmierdzisz tym wampirem od Volturich. – Oparł się o ścianę i zaśmiał się. – Gdzie twój kundelek ?
– Nawet kundelek ma kły. Radzę ci go tak nie nazywać – zagroziłam mu. Zaczynałam się denerwować. Spojrzałam ku oknu. Jane mówiła mi wzrokiem bym była spokojna. – Fabrizio, mów o co ci chodzi ? Czemu nas tu ściągnąłeś ? Co to za armia ?
– Odpowiem, ale w zamian chcę czegoś od ciebie. – Uśmiechnął się. Jego oczy lśniły z podniecenia. Jego żądanie chyba mi się nie spodoba.
– Czego ?
– Pocałunku.
Zamurowało mnie. Nie spodziewałam się tego. Patrzyłam na niego, a moje oczy były tak wielkie jak u postaci anime. Zaczęłam kręcić głową. Nie zrobię tego. Nie pocałuję go. Moje serce należy do Aleca. I tylko do niego. Nie mogę go tak skrzywdzić. Nie i koniec ! Spojrzałam w okno. Jane powiedziała ruchem warg : Całuj ! Pokręciłam głową. Zgromiła mnie wzrokiem. Nie miałam wyjścia. Podeszłam do Fabrizia i złapawszy go za przód koszuli przyciągnęłam do siebie.
– Nie myśl, że robię to z przyjemnością – warknęłam przez zaciśnięte zęby. Zacisnąwszy usta, pocałowałam go. Jednak nie było tak jak zaplanowałam. Nie chciał mnie wypuścić ze swych ramion. Językiem rozwarł moje usta. To był namiętny pocałunek, ale bez przyjemności. Gdy w końcu się ode mnie odkleił, wytarłam ręką wargi.
– Robię tę bitwę, by zniszczyć Volturi. Niedługo się spotkamy. – Nagle odszedł w mrok. Nie zdążyłam go złapać. Plułam sobie w brodę za to co zrobiłam. Chciałam pozbyć się tego smaku. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam Aleca. Widział wszystko… W błyskawicznym tempie do niego podeszłam.
– Alec, przepraszam. Nie chciałam. Bardzo przepraszam, wybacz mi – spojrzałam na niego błagalnie. Nie patrzył na mnie. Próbowałam pochwycić jego wzrok, ale mi się nie udało.
– Ok. – W wampirzym tempie pobiegł do hotelu. Pobiegłam za nim. Jednak był szybszy. Zamknął się w pokoju nie zważając na moje pukanie.
Wtargnęłam wściekła do pokoju. Dłonie mi płonęły. Oddychałam ciężko. Nagle zdałam sobie sprawę, że cała płonę.
– To przez ciebie ! – krzyknęłam do Jane. Ona nie wiedziała o czym mówię. Zauważyłam, że Demetrii i Feliks też są w pokoju, ale kontynuowałam : – Cieszysz się ?!
Nie chciałam na nią krzyczeć, ponieważ byłyśmy kumpelami. Z szybkością błyskawicy znalazłam się w łazience. Zamknęłam drzwi na klucz. Wzięłam głęboki wdech i ochłonęłam. Zobaczyłam, że ubranie nieco się zwęgliło. To przez to, że byłam wściekła. Zrzuciwszy z siebie ciuchy, weszłam do wanny. Kolejne komplikacje. Czy my nie możemy mieć spokoju ?

________________________________________________________________________________________

Witam serdecznie !
Taki trochę dłuższy rozdział. Przeprosinowy, bo długo mnie nie było. Mam nadzieję, że się podoba. Nie jest najlepszy, ale ujdzie.
Jak tam w szkole ?
Pozdrawiam

24. Fabrizio ?!

Oczami Diany

  Wsiedliśmy do samolotu. Zajęłam miejsce obok Jane. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać. Wczoraj byłam za bardzo oszołomiona, ale teraz wróciły do mnie wspomnienia z wczorajszego dnia. Oni naprawdę chcieli to zrobić. Zabić mnie. Przez to, że pomyślałam… Nie. Nie mogliby tego zrobić. Pewna jesteś Diano ? Gdyby chcieli to by mogli. Nie mogłabym zginąć. Nie zrobiłabym tego Alecowi. A gdyby kazali mu mnie unieruchomić ? Ciekawe, czy by to zrobił ? Jednak wstawił się za mną. To świadczy o tym, że jestem dla niego bardzo ważna. Potrzebujemy się nawzajem.
Demetrii rozmawiał o czymś z Alecem. Jane przekomarzała się z Feliksem. A ja siedziałam wpatrzona w chmury. Jane próbowała spławić natrętną stewardessę. Kobieta nie rozumie, że mamy „specjalną dietę.” Chciało mi się z tego wszystkiego śmiać. W końcu wyciągnęłam szkicownik i zaczęłam rysować.
  Nagle, jakbym zasnęła. Chociaż nie wiem czy to dobre określenie. Miałam otwarte oczy, ale nic nie widziałam.  W mojej głowie utworzyła się wizja. Zobaczyłam mężczyznę o złotych lokach. Stał na jakimś głazie i przemawiał do ludzi. Zaraz, zaraz to nie ludzie… To były wampiry, ale i istoty podobne do wampirów. Słyszałam szybkie bicie serca. Szybki oddech. Niektórzy byli zarumienieni. Inni bladzi.  Mężczyzna krzyknął coś i uniósł pięść do góry. Gromada u jego stóp wiwatowała. Wszyscy krzyczeli, bili brawo. Cieszyli się. To wyglądało, jakby ich do czegoś motywował. Jakby przemawiał do ludu. Zagrzewał do walki. Jednak w jego oczach było widać coś złego. Podstęp.
  Nagle zaczęłam słyszeć krzyki, szlochy, dźwięk rozdzieranej stali i płótna. Widziałam płomienie, krew. Porozrywane członki.
Wizja się zmieniła. Widziałam ogień. W wielkim ognisku leżały jakieś osoby. Nie mogłam zobaczyć kto to było, ponieważ zostali poćwiartowani. Gdzieniegdzie była krew. Purpurowy dym unosił się nad stosem. Nagle zobaczyłam, że w płomienie zostaje wrzucona jakaś osoba w czarnej pelerynie… To byłam ja. 
Nagle rozbłysło wszystko, a ja krzyknęłam. Powróciłam do samolotu. Wszyscy się na mnie gapili. Zaczęłam głęboko oddychać. Myślałam, że spłonę ze wstydu. Uratował mnie Feliks :
– I co się gapicie ? Dziewczyna ma urojenia. Na leczenie lecimy.
Momentalnie wszyscy się odwrócili. Zakryłam usta dłonią. Zamknąwszy oczy zaczęłam się bujać w przód i w tył. W przód i w tył. W końcu Jane syknęła :
– Co się stało ?
– Widziałam… J-jakby jakaś w-wizja. To było o-okropne. – Mój głos drżał. Próbowałam się uspokoić, ale nie mogłam. Usłyszałam szept :
– Diana, jaka wizja ? – to był Alec. Podniosłam bojaźliwie głowę. Nie patrzyłam na nikogo. Patrzyłam przed siebie.
– Facet o włosach jak anioł. Przemawiał. Przemawiał do wampirów i innych istot. Jakby… zagrzewał ich do walki. Motywował. Potem… Potem była rzeźnia. Krew, wszędzie krew. Porozrywane ciała. Płomienie. Ogromne ognisko tylko zamiast drewna byli tam… – głos mi się załamał. Wydałam z siebie dziwny odgłos przypominający szloch. – On specjalnie to zrobił. Celowo wywołał zamieszki. A na koniec wrzucili mnie na ten stos. 
Oddychałam głęboko by się uspokoić. Jednak nie dało to skutku. Nie dość, że zamartwiałam się Wielką Trójką to jeszcze to. Upewniłam się, czy nikt na mnie nie patrzy po czym złożyłam dłonie tworząc miseczkę. Zaczęłam ledwie słyszalnym szeptem przywoływać Żywioł Wody. Moje dłonie wypełniły się wodą, którą chlusnęłam sobie w twarz. Pomogło.
– Diana, nie w samolocie ! – syknęła do mnie Jane zanosząc się chichotem. Po chwili wszyscy zaczęli chichotać. Nie wiedziałam, czemu ?
– Ludzie, ja tu mam napady schizofrenii. Nie śmiać się – powiedziałam groźnie, ale i ja zaczęłam się chichrać.
– Dobra, dobra… – Demerii próbował wziąć głęboki wdech, ale parsknął śmiechem. Pierwsza opanowała się Jane. Jednak szczęście było, że w ogóle się śmieje. Związek z Demetrim chyba roztopił jej serce. To dobrze. Ja jednak sądzę, że Demetrii zawsze jej się podobał. Po prostu nie chciała stracić autorytet, gdyby jej odmówił.
– Co to było ?
Opowiedziałam im co zobaczyłam z najdrobniejszymi szczegółami. Wszyscy byli zdziwieni. No cóż, przecież moim darem było władanie żywiołami, a nie wizje. Alec i Jane zaczęli rozmawiać o tym, że ktoś mógł wpuścić te wizje do mojej głowy. Nie byłam przekonana do czasu, gdy wzięłam swój szkicownik. Na samym środku było wykaligrafowane „Do zobaczenia, kochanie”. A pod tym coś jakby stos z sercem na środku, na którym była jedna osoba. Jedna. Zagryzłam wargi.
– Ludzie… Chyba mamy problem. – Wskazałam im na szkicownik, który zaczął wędrować z rąk do rąk.
– Myślisz, że to chodzi o ciebie ? – spytał Feliks.
– Najwidoczniej – zaczęłam, ale Demetrii mi przerwał :
– Nie.. to nie ty.
Musiałam chwilę pomyśleć, więc uciszyłam go gestem. Zawsze mama mówiła do mnie „Do zobaczenia, kochanie.” Ogień to żywioł Strzelca, czyli mój. Najbardziej kochałam ogień. Ale kto to mógł wiedzieć ? Czułam, że jestem na właściwej drodze… Złotowłosy. „Do zobaczenia, kochanie.” Wszystko zrozumiałam.
– O Boże… – wyszeptałam. Volturi spojrzeli na mnie. – To, to oczywiste… Fabrizio ! – wykrzyknęłam szeptem. Jednak gdy uświadomiłam sobie co to oznacza, walnęłam się dłonią w czoło. – Fabrizio – jęknęłam. – Jane, zabij mnie. I to już… 
- Jaki Fabrizio ? – dopytywała dziewczyna. 
Schowałam twarz w dłoniach. Zaczęłam kręcić głową. Fabrizio, mój były chłopak. To on mnie przemienił w wampira. Byłam pewna, że go zabiłam. 
- Fabrizio to mój.. były. – Dłonie tłumiły moje słowa, co było mi na rękę. – Byłam pewna, że go zabiłam. Przecież to zrobiłam… Czego on teraz chce… ?
- Czekaj, czekaj… – zaczął Feliks – Czyli ten Fabrizio to twój ex ?
- Tak… Najwidoczniej po raz trzeci zmartwychwstał. I to on chyba wsadził mi tę wizję do głowy… 
- Ale jak ? – nie rozumiał Demetrii. 
 - Fabrizio też ma dar. Wsadza ludziom różne obrazy do głowy. Takie właśnie wizje. Przyznał się, że wiele razy tak robił. Gdy spałam. Ja serio myślałam, ze… – przypomniałam sobie, że wtedy nie wiedziałam jak zabić wampira. – No jasne… Ja go poćwiartowałam, ale nie spaliłam. 
Znowu ukryłam twarz w dłoniach. Nie odpowiadałam na nic. Myślałam o tym wszystkich złych rzeczach, które mnie spotkały. Najpierw Wielka Trójca. A teraz Fabrizio. Fabrizio… Kochałam go. Te jego złote włosy… Bursztynowe oczy… Zapewne powrócił do picia ludzkiej krwi. Te chwile, które przeżyłam z nim były wspaniałe. Do póki nie zabił mojego brata. On chciał zamienić mnie w wampira. I to zrobił. Ale za jedno jestem mu wdzięczna. Gdyby nie zmienił mnie  wampira to sprawy nie potoczyłyby się tak i nie spotkałabym Aleca. Swojego ukochanego. 

______________________________________________________________________________

Hej kochani !
Powróciłam ! A oto kolejny rozdział. Podoba się ?  Mam nadzieję, że tak. 
Pozdrawiam, Sylwia :)

23. Wszystko staje na głowie

Oczami Aleca

- Alec, już są – oświadczył Demetrii wchodząc do biblioteki. – Będzie dym.
– Tak. I to duży – dodałam Diana.
Teraz spędzam z Dianą więcej czasu. Te krótkie rozstanie dało nam do zrozumienia, że nie możemy wytrzymać bez siebie nawet jednego dnia. To jest miłość. Wstałem i podałem dłoń Dianie. Wyszliśmy za Demetrim trzymając się za ręce. Weszliśmy do sali. Przed Aro stała Alice i Carlisle.
– Jeszcze raz bardzo przepraszam, że jesteśmy bez zaproszenia – rzekł blondyn.
– Ależ to nic. Zawsze jesteście tu mile widziani – powiedział główny brat uśmiechając się. – A możemy wiedzieć co się stało ?
– Alice ma bardzo dziwne wizje. Związane z wami. Oczywiście nie obserwujemy waszych decyzji, lecz…
– Ta wizja przyszła sama z siebie – dokończyła ciemnowłosa. Po jej oczach było widać, że jest zaniepokojona. Aro wyciągnął do niej dłoń. Chciał odczytać jej myśli. Gdy już to zrobił, on również był zaniepokojony.
– Hmm… Dziękuję za informacje… – rzekł w zamyśleniu.
– Carlisle – szepnęła Diana tak cicho, że ja ledwie usłyszałem. Moja dziewczyna patrzyła gdzieś pustym wzrokiem. Była bardzo zamyślona. Miała zmarszczone brwi. Potarłem kciukiem jej dłoń. Jakby wybudzona ze snu, spojrzała na mnie z lekkim… przestrachem ? Uśmiechnęła się uspokajająco i ścisnęła moją dłoń.
– Tak, więc Aro my się oddalimy – rzekł blondyn i wraz z przybraną córką wyszedł z pomieszczenia.
– Alec, Diana zostańcie, a reszta niech wyjdzie – powiedział Aro składając dłonie jak do modlitwy. Gdy wszyscy wyszli przywołał do siebie mojego ukochanego, a potem mnie. Po odczytaniu naszych myśli przemówił : – Nasza droga Alice miała pewną wizję…
– Powiedz w prost, bracie – syknął Kajusz.
– Oczywiście, bracie. Zobaczyła, że od nas odchodzicie. Planujecie coś moi drodzy – spytał główny brat patrząc na nas przenikliwie.
Byłem oburzony. Jak można nas o coś takiego posadzić ? Nie planowaliśmy nic takiego i nie będziemy. Nie mogłem wykrztusić słowa. Zamurowało mnie. Ku mojemu zaskoczeniu Diana powiedziała z powagą :
– My odejść od Volturi ? Panie, chyba w to nie wierzysz ? Nawet o czymś takim nie myśleliśmy.
– Na pewno Diano ? Na pewno ? – spytał główny brat. Moja ukochana się zamyśliła., ale to trwało tylko sekundę.
– Nie myślałam wtedy, żeby odejść. To była tylko jedna chwila. A nawet gdybym chciała odejść, to bym nie mogła – Diana mówiła spokojnie, ale było słuchać w jej głosie lekkie drżenie.
– Nie mogłabyś ? – syknął Kajusz.
– Nie. Zabilibyście moją siostrę, a po za tym, jest tu Alec. On od was nigdy nie odejdzie.
Aro westchnął i zaczął toczyć bitwę z myślami. Mężczyzna przyłożył palce do ust. Zanucił coś po czym oświadczył :
– Widzisz moja droga… Nie mogę ryzykować tego, że stracę jednego ze swoich najlepszych ludzi – spojrzał na mnie.
– Wiesz co trzeba zrobić, bracie – usłyszałem złośliwy głos blondyna mrużącego oczy jak jaszczurka.
Nie pozwolę na to, by zabili Dianę. Jednak oni chcą to zrobić. Kajusz będzie się cieszył jak dziecko w Boże Narodzenie, ponieważ jej nie lubi. Jako pierwsza sprzeciwiła się Trójcy. Ciekawe co teraz zrobi ? To znaczy, co ja zrobię ? Nie pozwolę. Wolę by zabili mnie.
– Najwidoczniej… – powiedział smutno Aro.
– Panie, chyba nie chcesz… ? – powiedziałem panicznym głosem.
– A masz coś przeciwko Alec ?
– Tak mam. Ona nikogo do niczego nie namawiała. Diana nie chce odejść od Volturi – ścisnąłem dłoń ukochanej. – Daje słowo.
– No, jeśli tak za nią ręczysz… Dobrze. Lecz nie planujcie nic… ostrzegam – odezwał się Marek. Wszystkich wryło w podłogę. Marek się odezwał. Nie mówił za często, prawie w ogóle. Aro spojrzał na niego zdziwiony. Marek podszedł do brata i podał mu rękę. Główny brat pokiwał głową.
– Dobrze… W takim razie możecie odejść. Jak powiedział mój brat – nie planujcie nic.
Wypuściłem powietrze z ulgą i czym prędzej wyszedłem z sali.
– O Boże… – wyszeptała Diana. – O Boże, o Boże, o Boże !
Skierowaliśmy się do wieży astronomicznej. Szliśmy trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic. Nadal byłem oszołomiony i zły. Jak Aro mógł powiedzieć coś takiego ? Przez te wszystkie lata był dla mnie i Jane jak ojciec. Po przemianie sam nam wszystko wyjaśnił. Uczył nas. A teraz  z takim czymś mi wyjeżdża ? Chciał zabić moją ukochaną ? Sens mojego istnienia ? Moje światełko w tunelu ? On chyba jest nie poważny. Szczęście, że Marek nas wyratował z sytuacji. Coś się stało. Marek mówi ? Niezłe zaskoczenie. Przecież ten facet zawsze siedział i patrzył smętnie. Bardzo rzadko się odzywał. Raz na miesiąc ? No może kilka razy. Widać COŚ go obudziło. Ciekawe tylko, co ?
Nie usiedliśmy z Diana przy stole nad książkami, tylko na czerwonej, miękkiej sofie. Przytuliłem dziewczynę. Oboje tego potrzebowaliśmy. Pocałowałem ją w czubek głowy. 
- Już dobrze…
- Dobrze ? Oni chcieli mnie zabić ! – jęknęła Diana. Pogładziłem jej policzek kciukiem. – Matko Boska…
- Czasem Trójca, tak jakby grozi, że kogoś zlikwiduje, by ta osoba… nie robiła żadnych numerów – rzekłem uspokajająco, chociaż sam za bardzo nie wierzyłem w te słowa. – Nic ci nie zrobią. Jeśli nawet będą chcieli to będą musieli zabić i mnie.  
- Poświęcił byś się dla mnie ? – spytała Diana z ciepłym uśmiechem i pocałowała mnie w policzek. Przytaknąłem. – To takie urocze. Jesteś strasznie słodki. Nie wiem, czemu, ale słowo „słodki” jednak do ciebie nie pasuje.
- Czemu ? – zapytałem zaskoczony. 
- Bo ty nie jesteś słodki. Ty jesteś groźny – tym razem pocałowała mnie w usta. – Boski, cudowny, ale nie słodki. Przecież jesteś Piekielnym Bliźniakiem, prawda ? 
- Ee… Ty się mnie… boisz ? – spytałem zdezorientowany. 
- No czasami – przyznała się Diana. 
-Nie chcę, żebyś się mnie bała. Inni mogą, a ty nie – wyszeptałem jej do ucha. Diana uśmiechnęła się promiennie. – Diano, dlaczego w sali szepnęłaś imię Carlisle’a ?
- Kojarzyłam go skądś. I dopiero do mnie dotarło, gdy mu się lepiej przyjrzałam, że to on. To z nim rozmawiałam po przemianie. Byłam w szoku, gdy to sobie uświadomiłam. Nawet mu nie podziękowałam – wyznała dziewczyna ze spuszczoną głową. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. 
- A może coś obejrzymy ? – spytałem. 
- Jasne. Co proponuje nasz Mistrz Horroru ? – spytała Diana uśmiechając się promiennie. – Ja bym obejrzała The Ring. 
- Co tylko zechcesz, płomyczku – pacnąłem ją delikatnie w nos, co wywołało jej śmiech. Poszliśmy do mojej komnaty by obejrzeć horror. 
***
- Ciekawe czego oni jeszcze chcą ? – zadała pytanie retoryczne Jane. Moja siostra była zirytowana. Wielka Trójca znów kazała nam się stawić w Wielkiej Sali. Sam byłem bardzo ciekawy co się stało. Mam nadzieję, że to nie kolejna wizyta Cullenów. Spojrzałem na Dianę. Szła z kamienną twarzą. Za pewne boi się, że chcą zrobić publiczną egzekucje. Uśmiechnąłem się do niej. Wstrzymawszy oddech weszliśmy do sali. 
- Witam ponownie. Doszła nas wiadomość, że w Nowym Jorku powstaje duża grupa wampirów. Chciałbym, żebyście to sprawdzili. Alec, Jane, Demetrii, Feliks i Diana wyruszcie dziś. Za trzy godziny macie samolot. Wynajmijcie sobie pokoje hotelowe. I uważajcie na ludzi. lećcie się pakować – klasnął w dłonie. Wyszliśmy. Jane od razu skomentowała :
- Tylko tyle ? Żadnych informacji ? No po prostu świetnie… Tylko się nie spóźnijcie. 
Poszedłem do pokoju się pakować. Czeka nas kilak interesujących godzin w samolocie. Z Jane. Kocham ją, ale czas doprowadza mnie do szału. 

________________________________________________________________________________________________

Hej !
Tak, wiem, słaby wpis. Nie miałam pomysłu. Przepraszam. Jak wam się podoba ? Mam nadzieję,że nie jest źle. Po za tym, chciałam więcej uwagi poświęcić Alecowi. 
Proszę o komentarze :) Nowy wpis ukaże się w ciągu kilku dni :) 
imgres

22. This is love

  Wróciłam do swojego pokoju. Zdjęłam szpilki i rzuciłam je  w kąt. Byłam psychicznie wyczerpana. Spojrzałam na zegar. Wskazywał północ. Włączyłam muzykę. Piękna, nastrojową melodię skrzypiec. Wziąwszy kąpiel założyłam luźną bluzkę i dresy. Usiadłam na kanapie i zaczęłam nucić. Usłyszałam ciche pukanie. Powiedziałam „proszę”. W drzwiach stał Alec. Nie spodziewałam się go. Nie wiedząc czemu, wstałam.
– Mogę wejść ? – spytał. Pokiwałam głową i podeszłam do niego. Chłopak zamknął drzwi.
– Coś… się stało ?
– Tak. Stało się. Tęsknie za tobą – wyszeptał patrząc śmiało mi w oczy. – Każda godzina bez ciebie, jest cierpieniem.
– Każdy dzień bez ciebie, jest śmiercią – odpowiedziałam mu.
– Wieczność, bez ciebie jest czymś gorszym od śmierci. – Zbliżył się do mnie. Nasze twarze dzieliły tylko milimetry. – Wybaczysz mi ?
– Nie mam co wybaczać – wyszeptałam i pocałowałam go. Alec odwzajemnił mój pocałunek. Fala ciepła rozniosła się po moim ciele. Myślałam, że promienie słońca wychodzą z mojego ciała. Alec wsunął mi dłonie pod bluzkę. Zdjęłam mu T-shirt i chciałam zamknąć drzwi na klucz, ale usłyszałam pukanie.
– Diana ? Sprawę mam. Otwieraj – usłyszałam Demetriego. Alec prawie wybuchnął śmiechem. Podałam mu bluzkę i wskazałam drzwi łazienki. Chłopak poszedł się tam schować. Otworzyłam Demetriemu, ale go nie wpuściłam.
– Co się stało ?
– Mam problem. No, a ty jesteś dziewczyną… Doradzisz mi ? – pytał prosząco. Zagryzłam wargę. – Plis, plis, plis ! Zajmę ci tylko minute.
– Dobra, ale tylko minuta.
Chłopak wszedł do mojej komnaty. Spojrzałam na niego wyczekująco. Po chwili namysłu zaczął :
– Bo wiesz… jestem teraz z Jane.  No i… – zaśmiał się. – No nie wiem, jak ci to powiedzieć…
– Oj. Gadaj. Nie będę się śmiała.
– No chciałbym jej coś dać. Jakiś prezent, ale nie wiem co – Demetrii zwiesił głowę. Parsknęłam śmiechem.
– I tym się tak przejąłeś ? Kup jej jakiś naszyjnik, pierścionek albo bransoletkę. Ale znając Jane to by się ucieszyła gdybyś kupił jej narzędzia tortur – powiedziałam wzruszając ramionami. Demetrii pokiwał głową. Zamyślił się i spytał :
– Widziałaś Aleca ?
– Nie – odparłam szybko. Chłopak się zdziwił.
– No dobra. Więcej jego imienia nie wymienię przy tobie. Ej, a pokazać ci fajną sztuczkę ? Tylko potrzeba mi trochę wody. – Wstaną i ruszył do łazienki.
– Nie ! Nie wchodź tam. Mam straszny bałagan… i porozrzucaną bieliznę – powiedziałam panicznie. Dopiero sobie przypomniałam, że nie schowałam ubrań… ani bielizny do kosza. O Jezu, a Alec tam jest.
– A, sorry. Dobra to ja lecę – powiedział i wyszedł. Zamknęłam drzwi na klucz. Z łazienki wyszedł Alec z łobuzerskim uśmiechem.
– Mogę jeszcze tam posiedzieć ?
– Nie wolisz posiedzieć ze mną ? – uniosłam brew i przyciągnęłam go do siebie. Pocałował mnie w usta. To było takie słodkie. Odwzajemniłam jego pocałunek. Spojrzałam na jego nagi tors. Był bardzo dobrze umięśniony. Położyłam mu dłonie na ramionach i stojąc na palcach zrównałam się z nim wzrostem. Spojrzałam na jego policzek. Przypomniało mi się to, jak go uderzyłam. Położywszy mu dłoń na tym policzku, spojrzałam mu smutno w oczy. Alec mnie przytulił.
– Przepraszam – wymamrotałam w jego ramię. Chłopak pocałował mnie w policzek. Nie odpowiedział. Wiedziałam, że mi wybaczył.
– Nie uważasz, że to dziwne ? Że nie możemy się rozstać nawet na jeden dzień ? – spytałam.
– To miłość – wyszeptał.
– Tak, to miłość…
Alec zaczął mnie namiętnie całować. W końcu przenieśliśmy się na sofę. Myślałam, że jestem w siódmym niebie i to w dodatku z Alecem. Ta chwila mogła trwać wiecznie…
                                                                                                                                                              ***
Był ranek. Leżałam wtulona w swojego chłopaka. Uśmiechałam się. Wydarzenia ubiegłego wieczoru uderzyły we mnie niczym z procy. Spojrzałam na Aleca. On również się uśmiechał.
– Dzień dobry – szepnął. Odpowiedziałam tym samym. Owinąwszy się prześcieradłem, które znalazłam w środku kanapy – dało się ją rozłożyć – wyjęłam ubrania z szafy. Wzięłam kąpiel i się ubrałam. Gdy wyszłam z łazienki, Alec był już ubrany. Sam złożył kanapę. Włożyłam do środka prześcieradło. Pocałowałam Aleca w policzek.
– Idę się przebrać. Zaraz wrócę – powiedział i wyszedł.
Nogi się pode mna ugięły. Nie mogłam zebrać myśli. Uspokój się Diana. Uf… Nadal jesteśmy parą. Już wszystko jest w normie. Wszystko jest dobrze. Nie mogłam w to uwierzyć. Podskoczyłam ze szczęścia. Byłam taka szczęśliwa. Dzięki ci Boże. Dzięki ! Wypuściłam powietrze z płuc.
Nie musiałam długo czekać na mojego ukochanego.
– Aro chce widzieć wszystkich w sali. Coś się dzieje – oświadczył poważnym głosem. Skierowaliśmy się do Wielkiej Sali trzymając się za ręce.
– Hej Alec… – rzekł Demetrii wyskakując zza rogu. Widać zdziwił się na mój widok. Jego zdziwienie nie trwało długo. Uśmiechnął się od ucha do ucha. – Jest ! Wiedziałem. Feliks wisi mi dychę.
– Dobra, dobra. Wiesz co się dzieje ?
– Cullenowie.
– O Jezu… – jęknął mój luby.
Przypomniała mi się walka z nowonarodzonymi. Nie zwróciłam większej uwagi na Cullenów. Ale jednego skądś kojarzyłam. Tak… Blondyna. Carlisle’a. Tylko skąd ?
Weszliśmy do Wielkiej Sali. Gdy Aro nas zobaczył, mnie i Aleca, tylko się uśmiechnął. Dobrze, że nie robił zadymy.
– Moi drodzy, chciałem was powiadomić, że do naszej, ukochanej Volterry zbliżają się nasi przyjaciele Cullenowie.
– Chyba Ciullenowie – mruknął Feliks. Nie lubił tej rodziny. Nie wiem czemu. Szerze, to i ja za nimi nie przepadałam. Jakoś tak.
– Wiemy, że to na pewno Carlisle i Alice. Lecz, chyba nie są sami. Tak, więc dzisiaj patrolować mają Alec, Jane, Demetrii i Diana. Po dwie osoby. Całą noc – zarządził. – Możecie już iść.
Wyszliśmy. Parsknęłam śmiechem. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę, ale ja nie mogłam przestać się śmiać.
– Ciullenowie – powiedziałam zanosząc się śmiechem. Feliks zaczął się śmiać. Potem inni. Staliśmy zanosząc się śmiechem.
- Dobra. Bądźcie na placu o 20:00 – zarządził Alec. Odeszłam z nim do wieży astronomicznej. 
                                                                                                                                                                     ***
Stałam z Demetrim na placu. Czekaliśmy na Jane i Aleca. Stałam patrząc jak pojawiają się gwiazdy. Wieczór był taki piękny. Demetrii stał nucąc jakąś piosenkę. 
- Ciekawe… Dlaczego zawsze wybierają nas ? – rzekłam zamyślona. 
- Bo jesteśmy najlepsi – odpowiedział Demetrii. – Przecież widziałaś dary naszych Piekielnych Bliźniąt, prawda ? No. Ja jestem świetnym tropicielem, a ty władasz żywiołami. 
Pokiwałam głową. Wzięłam kamyczek z ziemi i go rozkruszyłam. Zrobiłam małe tornado wielkości dłoni. Puściłam je do góry. 
- Czad… To już do siebie wróciliście z Alecem ? – zagadnął. 
- Taak. A czemu pytasz – odparłam z uśmiechem. Demetrii już chciał coś powiedzieć, ale zamknął usta. – Gadaj. 
- No… bo. Jest taka sprawa… Podobasz się komuś i on myślał, że jak zerwałaś z Alecem to będziesz z nim – powiedział skrępowany. 
- A ten „Ktoś” to… ?
- Feliks… Tylko nikomu nie mów. 
Parsknęłam śmiechem. Jak to Feliks ? Przecież to tylko kumpel. Feliks jest we mnie zakochany. Tak, jasne. Lubi mnie, ale bez przesady. Chociaż… A jeśli to prawda ? Źle się musi czuć, widząc mnie i Aleca. Takich zakochanych. Przestałam się śmiać. Ale i tak… nic mnie do Feliksa nie ciągnęło. Kochałam Aleca i tylko jego. Przecież Feliks ma tyle adoratorek. Czemu miałabym ja się mu podobać ? 
- Ty serio mówisz ? 
- Mhm. Delikatna sprawa, nie ? – uśmiechnął się nerwowo.
- Co za delikatna sprawa ? – spytała Jane idąc w naszą stronę. 
- Gdzie Alec – również zadałam pytanie. Nigdzie go nie widziałam. 
- Zaraz przyjdzie. Rozmawiał z Aro – odparła dziewczyna powoli. Spojrzała na nas podejrzliwie. Powtórzyła swoje pytanie. Demetrii stał z głupim wyrazem twarzy. Postanowiłam ratować sytuacje :
- Demetrii nie wiedział co ci kupić w prezencie. Zastanawiał się, czy Gruszka * byłaby dobra. 
- Chciałeś mi kupić gruszkę ? – spytała dziwnym głosem. Demetrii sztywno pokiwał głową. Jane się uśmiechnęła i go przytuliła. – To świetnie !
Byłam zdziwiona. Po chwili pojawił się Alec z kamienna twarzą. Zmarszczywszy brwi spytałam co się stało, lecz nie odpowiedział. Zamiast tego powiedział :
- Jane. Ty się cieszysz.
- Tak. Demetrii chciał mi kupić Gruszkę ! To takie urocze. 
Mój chłopak spojrzał na mnie unosząc brwi. Mrugnęłam do niego. Poszliśmy patrolować okolice. 

_________________________________________________________________________________________________

* – Gruszka to średniowieczne narzędzie tortur. 

Hejka ! 
Co tam u Was ?
Przepraszam, że musieliście długo czekać na ten rozdział. Tak wyszło :) Podoba się ? Nie miałam za bardzo pomysłu. Mam nadzieję, że nie jest tak źle :)
Pozdrawiam. 

21. Taniec Volturi

                                               Oczami Diany

- Co zrobiłaś ?! – zakrzyknęli chórem Heidi i Demetrii.
– Tak… Zrobiłam to – mruknęłam. – Przepraszam, ale muszę iść.
Szybko wyszłam z pokoju. Wiedziałam, gdzie go znajdę. Miałam nadzieję, że będzie sam. Ruszyłam do ogrodu, pod wierzbę. Te miejsce niosło tyle wspomnień. Wspaniałych wspomnień. Zwolniłam. Zobaczyłam Aleca siedzącego na ziemi i patrzącego na księżyc. Zakradłam się do niego. Oparłam się o potężny pień drzewa i wyszeptałam :
– Zbudowaliśmy razem piękną wieżę. Zniszczyłam ją, przepraszam. Nie chciałam. Przepraszam, że w ciebie zwątpiłam. Wszystko zniszczyłam. Mogłam cię wysłuchać, lecz nie… Nie zrobiłam tego, ponieważ byłam wściekła, zatraciłam się w bólu. Wszystko zniszczyłam. Zasłużyłam sobie na twoją nienawiść. Wszystko co powiedziałeś to prawda. Chciałam, żebyś wiedział, że żałuję. Bardzo żałuję…
Nic nie mówił. To bardzo mnie bolało. Cisza była ogłuszająca, niczym krzyk. W końcu ciszę przerwał piękny głos Aleca :
– Wiesz, że to jest bez sensu ?
Wbiło mnie w ziemie. Naprawdę chce się rozstać. Błagam tylko nie to. Zamknęłam oczy. Pochyliwszy głowę wyszeptałam :
– Wiem… Z resztą, to było z byt piękne by mogło być prawdziwe. Uszanuję twoją decyzje – głos mi drżał. Oddychałam ciężko. Po chwili namysłu dodałam : – Jednak wiedz, że cię kocham i nigdy nie przestanę… To do zobaczenia, Alec… Widzimy się na patrolu - odeszłam.
W mojej komnacie nie było nikogo. Ucieszyło mnie to. Chciałam pobyć sama. To był koniec. Opadłam na kanapę i chciałam pisać wiersz, ale mi się nie udawało. Nie mogłam opisać uczuć. To było zbyt trudne. Wyobraziłam sobie teraz dalsze życie. Będziemy się unikać. Zerkać na siebie ukradkiem. Nie będziemy ze sobą rozmawiać, no może wymienimy kilka zdań. Przepaść między nami nigdy się nie zamknie. Wiem, że on nie chce by się zamknęła. Za bardzo go skrzywdziłam.

                                           Oczami Aleca

W końcu poszedłem do swojej komnaty. Chłopaki jeszcze mnie namawiali, żebym przyszedł na zakończenie balu, ale nie chciałem. Te przeprosiny były wspaniałe, ale nie wiedząc czemu, nic nie zrobiłem. Nie przytuliłem jej, ani nie powiedziałem, że też ją kocham. Widać, że to bardzo ją bolało. Nie chciałem tego, ale tak wyszło. To przewidziała ta Józefina, czy jak jej tam… Nie chciałem rozstać się z Dianą, ale on tego chciała. Może to i lepiej ? Przynajmniej nie będziemy się krzywdzić. Ona nie będzie cierpieć. Jednak już za nią tęsknie.
– Hej , co tam ? – do mojego pokoju wszedł Demetrii.
– Nie umiesz pukać ?
– Umiem – odparł i usiadł obok mnie. – Ej, może gdzieś wyskoczymy ?
– Nie wiem, – zawahałem się. – Nie mam nastroju…
Fajnie by było pobyć trochę z kumplem, ale nadal się nie otrząsnąłem po tej akcji z Dianą. Demetrii patrzył na mnie z psimi oczami. Uniosłem jedną brew. Nie będę się nad sobą użalał. Czas, żeby dawny Alec powrócił. Na dodatek zakumpluję się z Dianą. Będą nas łączyć przyjacielskie relacje. Tak, wtedy będzie… dobrze. Po staremu. Ona jest twarda, nie będzie po mnie rozpaczać.
– No dobra, ale gdzie idziemy ? – spytałem, a mój kolega zaklaskał ze szczęścia. – Ej, nie ekscytuj się tak…
– Pójdziemy do klubu. Może będzie jakiś świeży towar. Zabawimy się trochę. Weźmiemy Feliksa, co ?
– Spoko – zgodziłem się. – A Jane nie będzie miała nic przeciwko ? – uśmiechnąłem się szyderczo.
– Nie raczej, nie – odpowiedział i rzekł z rozmarzoną miną : -Och, Jane…
– Ty się serio w niej zabujałeś… – pokręciłem głową. Prychnąłem z ironią. Założyłem ręce za głową. Może byłem wyluzowany, ale nadal cierpiałem. Moje myśli cały czas uciekały do wspomnień. Jej uśmiech. Jej oczy. Nasze pocałunki i wszystkie pieszczoty. Dotyk jej dłoni… Potrząsnąłem głowa. Przestań Alec. Tylko pogorszysz sprawę.
– To może jutro wieczorem ? Bo mam… plany na dzisiaj – oświadczył tajemniczo. Zapewne te ” plany ” były związane z Jane. Przytaknąłem mu  i uśmiechając się powiedziałem :
– Tylko uważaj. Jane czasem nad sobą nie panuje.
Demetrii się zaśmiał i wyszedł. Przebrałem się i zmyłem z siebie wszelkie ślady Sofii. Wzdrygnąłem się. Ta idiotka rozwaliła mi związek. Nienawidziłem jej. Usiadłem i wziąłem książkę. Słyszałem muzykę i chichot balowiczów. Mogłem do nich iść, ale nie. jeszcze tego brakuje bym się zabawiał, a Diana by cierpiała. Boże, proszę : spraw by Diana była szczęśliwa. By nie cierpiała z mojego powodu.
                                                                                                                        ***
Bal się skończył. Wszyscy gdzieś zniknęli i zaczęli wychodzić ze swoich komnat dopiero w południe.
– Ludzie ! Sprzątamy ! – zawołał ktoś w holu. Zbiegłem po schodach.
Gdy zobaczyłem Salę Wejściową wiedziałem już, że będzie dużo sprzątania. Cała podłoga była w konfetti, gdzie gdzieniegdzie były szkła i zaschnięta krew. Sala Balowa też nie błyszczała, ale śmieci leżały przy ścianach. Wróciłem do holu.
– Upiliście się czy co ? – zapytałem chłopaków.
– No, ba ! Jeszcze jak ! – zawołał Demetrii rzucając mi szczotkę. – Gdzie dziewczyny ? My sami sprzątać nie będziemy. Dziewczyyyyyny !
Do sali weszła Heidi z… Dianą. Heidi spojrzała na mnie chłodno i zaczęła rozmawiać z Dianą, która nawet na mnie nie spojrzała. Po chwili dziewczyny wybuchnęły chichotem.
– Demetrii, a czemu my mamy sprzątać ? Większość tych śmieci to twoja robota – powiedziała wyzywająco Heidi i poprawiła czerwoną bluzkę.
– Wszyscy sprzątamy i koniec – zarządził Demetrii. – Nie zapominaj Heidi, że nie tylko mnie odbiło.
Kobieta spojrzała na niego uśmiechając się i szepnęła coś do Diany, tak cicho, że nie mogłem usłyszeć. Diana wybuchła śmiechem. Spojrzałem zdziwiony na Demetriego, a on odwzajemnił spojrzenie. Chłopak zakręcił kółeczko palcem przy skroni. Doszła reszta ludzi i wzięliśmy się za sprzątanie zamku i ogrodu. Nawet musieliśmy wchodzić na dach. Bal musiał być niezły. Całe sprzątanie zajęło nam kilka godzin, a robiliśmy to w wampirzym tempie. Co raz zerkałem dyskretnie na swoją ukochaną. Przyłapałem ją na tym samym. Ucieszyło mnie to. Ach… Diana jest taka cudowna.
Demetrii wpadł po mnie o 20:00. Ubrałem się w czarne dżinsy, biały T-shirt i czarną, skórzana kurtkę. Wyglądałem… nieźle.  Demetrii też nie najgorzej. Też założył czarne dżinsy,a do tego biały T-shirt i czarno-białą arafatkę. Gdy schodziliśmy po schodach, chłopak zapytał :
– Trzymasz się ?
– Jasne. tak – doparłem nieco zdziwiony. Demetrii pokiwał w zamyśleniu głową. Już miał coś mówić, ale Feliks zawołał :
– To co ? Idziemy ?
– No, jasne, że tak – odparłem i przybiłem z nim piątkę. Nie minęło kilka minut, a już byliśmy pod klubem.

                                            Oczami Diany

- No Diana, zgódź się. Bez ciebie nie będzie fajnie ! – błagała mnie Chelsea. Dziewczyny nalegały bym poszła z nimi potańczyć do klubu. Byłam rozdarta. Jednocześnie chciałam i nie chciałam. Po chwili namysłu się zgodziłam. Dziewczyny wybrały mi ubrania. Heidi uparła się na czarną bluzkę do pępka. Chelsea zaś na spodnie ze skóry. Gdy byłyśmy gotowe wyglądałyśmy jak trzy gorące żylety. Nie wiem, jak mogłam tak o sobie pomyśleć. Ale fakt, wyglądałam oszałamiająco.
Wyszłyśmy z dziewczynami i wampirzym tempem pobiegłyśmy do klubu. Zapach potu, krwi, drinków i perfum trafił mnie jak z procy. Krew. Tętniące żyły. Raj dla wampira. Jednak, nie przyszłyśmy polować, tylko się bawić. Weszłyśmy do zatłoczonego klubu i dziewczyny od razu zaciągnęły mnie na parkiet. Zaczęłyśmy tańczyć. Wyglądałyśmy bardzo seksownie. Podeszła do nas trójka chłopaków. Byli przystojni. Jeden miał piękne, długie złociste włosy i błękitne oczy. Drugi wyglądał na kompletnego idiotę. Miał zlepione włosy żelem i głupawy uśmieszek. Trzeci zaś wyglądał na… miłego, fajnego chłopaka. Miła duże orzechowe oczy i ciemne włosy do ucha. Poruszał się z gracją i dobrze tańczył.
- Możemy dołączyć ? – spytał blondyn. Heidi pokiwała głową zalotnie się uśmiechając. Nasi nowi znajomi zaczęli bujać się w rytm muzyki. – Jestem Ben, a to Kevin i Ash – przedstawił się blondyn i swoich kolegów. A więc ten chłopak nazywa się Ash… Heidi zobaczyła, że patrzę na Asha.
- Chcesz zatańczyć ? – spytała Bena, a ten ochoczo pokiwał głową. Chelsea zrobiła to samo. Zostałam sama z ciemnowłosym. Uśmiechnął się i zbliżył do mnie. Bez słowa zarzuciłam mu ręce na szuję, a on objął mnie w tali. Zaczęliśmy poruszać się jak fala. Jakbyśmy byli jednym ciałem. Wolałabym tak tańczyć z Alecem. Alec. Ten chłopak mi go przypominał. Znieruchomiałam.
- Coś się stało ? – spytał chłopak. Potrząsnąwszy głową odparłam, że nic. Tańczyliśmy dalej. W końcu podeszłyśmy z dziewczynami do baru. Chłopaki za nami.
- Zamawiamy coś ? – spytał Kevin i już pił drinka. Z dziewczynami odmówiłyśmy. Czułam, jakby ktoś mnie obserwował. Coś mi tu nie grało. Zobaczyłam  w tłumie ciemną czuprynę… To zapewne jakiś chłopak.
Po kilku drinkach nasi koledzy byli już nieźle podbici. Nawet ten Ash. Poszliśmy dalej tańczyć. Teraz wyczułam słodką woń… Znajomy zapach. Jednak wyczułam jeszcze dwa znajome zapach. Były one trochę zatuszowane czymś innym. Innymi zapachami. Spojrzałam na Heidi. Rozglądała się po sali. Gdy zobaczyła, że na nią patrzę uśmiechnęła się uspokajająco.
Podczas tego tańca Ash przesadził. Spuścił ręce na moją pupę i chciał całować mnie po szyi.
- Koleś odwal się ! – zawołałam. – Sorry,a le ja nie będę się z tobą lizać.
- Nie ? Przecież mogę cię zmusić – wybełkotał. Chciałam uderzyć go w twarz, ale przypomniałam sobie jak uderzyłam Aleca.
 - Spadaj albo…
- Albo co ?
- Albo tak dostaniesz, że się nie pozbierasz – rzekłam chłodno i odepchnęłam go od siebie. Spojrzał na mnie dziwnie i poszedł szukać innej dziewczyny. Odetchnęłam i wzdrygnęłam się. Zaczęłam tańczyć z innym chłopakiem, a potem z innym. Znowu zmieniła partnera. Nie widziałam nigdzie Heidi. Chelsea też gdzieś zniknęła. Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się do chłopaka przed sobą. On odwzajemnił mój uśmiech. O objął mnie w tali. Położyłam mu dłonie na ramionach. Zamknęłam oczy W końcu chłopak mnie okręcił i wylądowałam w ramionach innego. Ta osoba była zimna jak lód. Nie biło jej serce. Chłopak położył mi jedną dłoń na plecach, a drugą na tali. Przechylił mnie do tyłu i powiódł nosem po mojej szyi. Wyprostowałam się. Znałam ten zapach i to bardzo dobrze. Gdy otworzyłam oczy nikt przy mnie nie stał. Pojawiły się przy mnie Heidi i Chelsea. Miały dziwne miny.
- Nie zgadniesz kogo spotkałyśmy… – zaczęła z ironią Heidi.
- Kogo ? – spytałam zaciekawiona.
- Swoich idoli – usłyszałam głos… Feliksa. Stali za mną. Modliłam się by nie był z Alecem. Podeszłam do dziewczyn i niestety zobaczyłam, że moje modły nie zostały wysłuchane. Była cała trójka; Feliks, Demetrii i Alec. – Zaszczycicie nas tańcem ?
- W kółeczku, a nie parami – zarządziła Chelsea. Zaczęliśmy tańczyć. Ja tylko kiwałam się w rytm muzyki. Patrzyłam w podłogę. Dziewczyny trzymały mnie jak najdalej od Aleca. W końcu jakoś wszyscy zostali odciągnięci. Zostałam sama ze swoim ukochanym. Spojrzałam na niego spode łba. Uśmiechnął się ukazując dołeczki.
- Zatańczysz ? Wcześniej za szybko nas rozdzielili… – zagadnął. A więc to był on. Wiedziałam. Pokiwałam głową na znak zgody. Alec położył dłonie na mojej tali, a go objęłam. Tańczyliśmy. Unikałam jego spojrzenia. Cały czas patrzyłam w bok. Jednocześnie się cieszyłam i byłam smutna. Boże, jak ja go kocham !

_____________________________________________________________________________________

Yo !
Przepraszam, że ten rozdział jest taki nudny. Inaczej go planowałam, ale nie wyszło. Przepraszam Was.
Obiecuję, że następny będzie ciekawy. Komentuje tego bloga :) Bardzo się napracowałam nad tym rozdziałem, a w dodatku nie miałam weny.